Rozdział 2

Widok, który zobaczyli Beta i Bit, przypominał ilustracje z podręcznika do plastyki albo geometrii. Dookoła nich ciągnęły się w regularnych odstępach szeregi kolumn. Sięgały tak daleko, że ostatnie ginęły w mroku pomieszczenia. Na kolumnach wspierały się półokrągłe sklepienia, kopuły na podobieństwo kościelnych kaplic. Widać było każdą cegłę; leżały w łukach łączących kolumny, wyginały się w sklepieniach, schodząc się ku górze, lecz nie domykały ich. U szczytów sklepień znajdowały się bowiem wyloty – to przez nie sączyło się słabe światło. Perspektywa była niesamowita, ale i zabawna – tajemnicze pomieszczenie wyglądało jak odwrócone do góry dnem pudełko po czekoladkach. Jednak Beta i Bit mieli inne skojarzenia. Wydawało im się, że są w starej piwnicy. Pod nogami czuli piach, dookoła pomiędzy kolumnami leżały porozrzucane deski, narzędzia, drewniane rusztowania. Wrażenie potęgował jeszcze zapach: ziemisty, świeżo przekopanej ziemi.

- Co to jest?! - Bit był zdezorientowany. - Jakaś gra w alternatywną rzeczywistość czy co?

- Tym razem przegiąłeś. Wiedziałam, że twoje pomysły w końcu... – Beta nie zdążyła nic więcej powiedzieć. Ktoś trącił ją w plecy.

- Aaa wy szto, rebiata?! Otvali! Nu paszli!

Beta i Bit odwrócili się. Za nimi stał niezbyt wysoki mężczyzna w ciemnej marynarce i czapce z daszkiem. Podobne widzieli tylko na starych, rodzinnych fotografiach, które kiedyś pokazywał im dziadek. Chwycił ich za karki i popchnął przed sobą. Szli szybkim tempem wśród kolumn. Piwniczną ciszę przerywały krzyki mężczyzny. Nic z nich nie rozumieli. Mieli nadzieję, że prowadzi ich do wyjścia.




Lubił spacerować po Warszawie. Stare Miasto, Park Saski, Krakowskie Przedmieście, Łazienki. Ale też Powiśle. Ubogie Powiśle. Z jego biednymi, głodnymi, brudnymi mieszkańcami. Poczucie obowiązku, nie tylko dziennikarskiego, i odpowiedzialność za słabszych, skłaniały go do zaglądania w najciemniejsze zakątki Warszawy. Od spacerów po Warszawie Aleksander Głowacki wolał tylko jedno: letnie przechadzki po Nałęczowie. Uzdrowisko było jego ulubionym miejscem wypoczynku. Teraz jednak stał nie pod domem zdrojowym, a pośród zwałów piachu. Przyciągnęła go tu ciekawość. Czy tonące w pomyjach i odpadach miasto poradzi sobie w końcu z wszechobecnym brudem? Czy da się pozbyć tego gryzącego smrodu, który atakuje już przy rogatkach miasta? W końcu czy dzięki kanalizacji warszawiacy przestaną masowo umierać zanim na dobre wejdą w dorosłość? Zabijał ich brak czystej wody połączony z brakiem znajomości podstawowych zasad higieny. Studnie domowe przy wychodkach, zalegające na podwórzach śmieci, cuchnące, odkryte rynsztoki – tak wyglądał codzienny krajobraz jednego z największych miast Cesarstwa Rosyjskiego. I nie był to wcale krajobraz peryferii; tak wyglądało również ścisłe centrum.

Pomysł skanalizowania miasta istniał już od dawna, ale dopiero dwa lata temu podjęto się jego realizacji. Człowiekiem, który miał w sobie tyle wytrwałości, aby pokonać urzędnicze trudności, przekonać Petersburg do tego pomysłu i jeszcze poradzić sobie z protestami warszawiaków, którym nie podobały się podyktowane robotami zmiany w obrębie ich ukochanego Parku Saskiego, był – o ironio – rosyjski generał, prezydent Warszawy Sokrates Starynkiewicz. Z kolei autor projektu, znany brytyjski inżynier William Lindley, który projektował kanalizację dla wielu europejskich miast, był gwarancją, że pod Warszawą powstanie jedna z najnowocześniejszych sieci kanalizacyjnych. Ponieważ był już sędziwym człowiekiem, Lindley przekazał budowę swoim synom, a niedługo później zostawił im również swoje biuro inżynierskie.

Z rozważań o Warszawie wyrwał Głowackiego hałas. Jakiś mężczyzna krzyczał, prowadząc przed sobą za karki dwoje nastolatków. Nagle popchnął ich, zwalniając uścisk. Dziewczyna nie wytrzymała siły popchnięcia, straciła równowagę i upadła na piach.




- Co pan robi z tymi dzieciakami? - Bit pomagał siostrze wstać, gdy jakiś mężczyzna stanął w ich obronie. Był elegancko ubrany: marynarka, kamizelka, krawat, melonik. Miał wąsy, szpiczastą bródkę i okrągłe okulary.

- Niech pan się zajmie swoją gazetą – odpowiedział oprawca, tym razem po polsku, ale z dziwnym akcentem. - Panie... Panie.. ja nie znaju, kak wy nazywajetie... ser... Głowacki – mężczyzna nie mógł się wysłowić ani zdecydować, w jakim języku mówić. - Dlia progulki v parkie. Do Parku Saskiego. Pust' tam tiemy, kotoryje wy ishchetie. Wot... Wot... sierieznyje.... Tu dzieją się poważne rzeczy – powiedział w końcu.

- Wiem. Dlatego tu jestem – mężczyzna w meloniku nie tracił spokoju.

- Zwijamy się stąd – Bit szepnął do siostry. Nie zamierzał przysłuchiwać się dyskusji. To był dobry moment na ucieczkę. Wziął Betę za rękę i pobiegli za jakąś górę piachu, kilkanaście metrów dalej.




- Co się stało? Gdzie my jesteśmy? - pytał Bit, choć nie spodziewał się usłyszeć odpowiedzi.

- Masz ten zegarek? - Beta była wyraźnie zdenerwowana. - Bit! - chłopak dopiero teraz przypomniał sobie, że wciąż trzyma w ręce gadżet, który zabrał z tajnego pokoju Pietraszki. - Co tam było napisane?! - nastolatka nawet nie starała się mówić spokojnie. Wyrwała dziwny przedmiot z ręki brata. Nie zdążyła jednak na niego spojrzeć, bo znów mieli towarzystwo.

- Jak to gdzie? W Warszawie – uśmiechał się do nich brudny chłopiec w niechlujnym ubraniu. Mógł mieć najwyżej osiem lat. - Jak wam się udało tam wejść? Co tam jest? Jest już woda? - zarzucał ich pytaniami. - Zresztą nieważne, może sam sprawdzę. Chodźcie, lepiej stąd odejść – powiedział. Co do tego Beta i Bit byli z nim zgodni. Bit już chciał ruszyć za chłopakiem, gdy Beta syknęła: - Bit! Wracajmy!

- Wyluzuj. Nie mamy nic do stracenia. Zresztą i tak nie mamy teraz czasu na zajmowanie się tym dziwnym zegarkiem.

- No idziecie? - ponaglał ich nowy znajomy.

Ciężko było iść po piachu, zajęło im kilka chwil zanim dotarli do drogi. Dopiero wówczas Bit obejrzał się za siebie. W oddali majaczyła jakaś samotna kamienica, stały pojedyncze niskie baraki. A tuż przed nim rozciągał się ogromny, piaszczysty, rozkopany teren. Pustynia? Nie, raczej wielki plac budowy. Bit zauważył, że spod piachu wystają wielkie bąble. Jakby ktoś wkopał w ziemię kilkadziesiąt gigantycznych piłek jedna obok drugiej, nie zasypując ich do końca. Albo odwrócił do góry dnem gigantyczne pudełko po czekoladkach i położył je na ziemi. Budowa wciąż trwała – na wystających spod ziemi kopułach znajdowali się ludzie, głównie w białych koszulach, byli zajęci pracą. Niedaleko stała wieża z czerwonej cegły, wydała się Bitowi znajoma.

Chłopak zrozumiał, że ogląda z zewnątrz to, co jeszcze kilkanaście minut temu podziwiał od środka trzymany za kark. Bąble, które zwróciły jego uwagę, to były po prostu wsparte na kolumnach sklepienia. Był pewien, że z pracowni Pietraszki trafili właśnie do wnętrza tej dziwnej budowli.

- Jestem Antek – odezwał się w końcu nowo poznany chłopiec. - Idę do domu. Może spotkam brata i dostanę od niego coś do jedzenia. Pracuje na służbie i przynosi mi różne rzeczy z kuchni. Jeśli chcecie, możecie iść ze mną.

- No pewnie – Bit już zapomniał o niedawnym strachu. Znów poczuł zew przygody. Chciał poznać miejsce, do którego trafili. Miał wrażenie, że czyta książkę science-fiction, której on sam jest bohaterem. - Ja jestem Bit, a to Beta – powiedział szybko i ruszył za nowym znajomym.

Beta była przerażona. Nie miała ochoty na żadne spacery w tym miejscu. Chciała wrócić do domu, jednak zrezygnowana podążyła za Bitem. Spojrzała tylko szybko na gadżet Pietraszki. - Jeden, osiem, siedem, sześć – powtarzała w myślach. - No jasne, przecież to data. Jesteśmy w 1876 roku, w Warszawie, jak powiedział ten chłopak. Wystarczy więc nastawić ten zegar na 2015 i będziemy u siebie. Ale jak to zrobić? Co nacisnąć?

I zapewne za chwilę Beta – jak była przekonana - wymyśliłaby sposób na powrót do domu, gdyby nie zapach, który nagle poczuła. Rozejrzała się. Nie wiedziała, jaki dystans przeszli, ale krajobraz się zmienił. Góry piachu zniknęły, a pojawiły się budynki. Mijali drewniane baraki, niskie murowane domy, kamienice. Kamienic było coraz więcej. I zapach był coraz bardziej dokuczliwy. Choć tak naprawdę zamiast zapach trzeba by powiedzieć wprost: smród. W rowach po obu stronach ulicy płynęła ciemna, śmierdząca breja. Co i raz któryś z mieszkańców wylewał kolejne wiadro nieczystości do otwartych rynsztoków.

- Ale śmierdzi. W życiu nie poznałbym, że to Warszawa – skwitował Bit. - A myślałem, że nie zobaczę nigdy nic gorszego niż włosy i broda Pietraszki – żartował.

Beta próbowała znaleźć podobieństwa do miasta, które znała, ale żadna z kamienic nie wyglądała znajomo. Nastolatka nie potrafiła zgadnąć, gdzie się znajdują. Podejrzewała, że muszą być w okolicach centrum. Ulica była wybrukowana, w przeciwieństwie do tych, które wcześniej minęli. I ruch był większy. Po ulicy jeździły dorożki, niektóre wystawne, zdobione, inne – proste, skromne, niewielkie, pewnie dla mniej zamożnych osób. Czasem przetoczył się powoli zwykły wóz. Po chodniku przechadzali się spacerowicze: eleganccy mężczyźni w melonikach lub cylindrach i kobiety w długich sukniach, nienaturalnie przygięte. Może od wysokich kapeluszy i stroików? A może od ciężaru stelaża, na którym wspierał się wystający tył sukni? Pośród tego zacnego towarzystwa żyło jego przeciwieństwo, biedota. Ludzie brudni, w obdartych ubraniach, często smutni – jak zauważyła Beta – którzy starali się przeżyć na różne sposoby. Były kobiety sprzedające owoce, dziewczynki sprzedające kwiaty, chłopcy sprzedający gazety, żebracy: przede wszystkim chorzy i chromi.

- Hej, Staszek - Antek zatrzymał się przed jakimś żebrakiem siedzącym na ziemi. Wyglądał na rówieśnika Bety i Bita. - Już nie na służbie?

- Odszedłem - odpowiedział chłopak. - Tu zarobię tyle samo, a mniej się zmęczę. I nikt mnie nie bije.

Obaj chłopcy uśmiechnęli się. Beta zauważyła, jak nieco dalej jeden z żebrzących, wydawało się straszliwie pokrzywiony, wstał i po prostu odszedł.

- Idę, może Bolek dziś przyjdzie – wyjaśnił koledze ośmiolatek i ruszył dalej. Beta i Bit poszli za nim.

- Ten Staszek.... te zawinięte nogi... to od bicia? - spytała.

- No co ty! - ich nowy znajomy wciąż tylko się uśmiechał. - Zdrowy jest. Udaje chorego, żeby zarobić. Każdy tak robi.

Beta i Bit wymienili spojrzenia. Jednak nie wszystko się zmieniło – pomyślała Beta.

- Wiem, gdzie trafiliśmy – Bit był trochę zdyszany marszem. - Tam, na samym początku. Ta wieża. Ja ją znam. Przypomniałem sobie. To Filtry. Ta piwnica z kopułami...

Beta przerwała mu.

- No tak. Byliśmy tam z tatą. Dokładnie rok temu, w wakacje. Fajne miejsce do zwiedzania. Tajemnicze.

I dodała: - Też mam dla ciebie informację. wszystko wskazuje na to, że gadżet Pietraszki to wehikuł czasu. Jesteśmy w 1876 roku, tak jak pokazywało to urządzenie na początku. Żeby wrócić, musimy wpisać 2015. Proste, nie?

- No nie wiem – Bit nie wyglądał na przekonanego.




Doszli do wielkiego placu. Górował nad nim długi budynek zakończony po obu stronach niskimi wieżami. Rodzeństwo zatrzymało się, a Antek z satysfakcją patrzył na ich zdziwione miny.

- Dworzec. No, kolej żelazna – wyjaśnił dumnie.

Ale to nie dworzec zrobił na nastolatkach takie wrażenie, lecz to, co się działo na ulicy. Ujrzeli tłum dorożek, jednokonnych i dwukonnych. Zewsząd słychać było pokrzykiwania. Już rzut oka wystarczył, aby stwierdzić, że na tym placu nie obowiązują żadne przepisy. Dorożki mijały się z każdej strony, jechały środkiem. Niektóre pędziły, inne zatrzymywały się nagle, bo dorożkarz spotkał kolegę, z którym chciał pogadać. Pomiędzy nimi spacerowali piesi: wytworne damy pod rękę z eleganckimi panami, przebiegali hałaśliwi gazeciarze. Na dodatek do placu zbliżał się tramwaj konny, który za chwilę zamierzał wjechać w sam środek tego ulicznego bałaganu.

- Mamy tędy przejść? - Beta była pewna, że to skończy się wypadkiem. Dopiero co widziała, jak jeden z gazeciarzy ledwie umknął spod kopyt konia, potrącony przez jadącą z innej strony kolejną dorożkę.

- Na Marszałkowskiej zawsze tak – mówił ze znajomością bywalca chłopak.

Marszałkowska... w końcu coś znajomego – pomyślała Beta. Choć z Marszałkowską, jaką ona znała, ulica miała wspólną tylko nazwę. Poza tym nic nie wyglądało podobnie.

- Dziwnie tu bez Pałacu Kultury. Zupełnie inaczej, pusto – stwierdził Bit. Dla niego Pałac był głównym punktem Warszawy, jej symbolem, bardziej nawet niż warszawska syrenka.

- Wieże dworca wyglądają jak piętrowe torty – zauważyła Beta.

Ich towarzysz nie czekał aż skończą rozmowę. Wszedł na ulicę. Beta i Bit ocknęli się i ruszyli szybko za swoim przewodnikiem.




- Z drogi! - usłyszeli krzyk gdzieś z boku. Odwrócili się w stronę hałasu i zobaczyli pędzącego wprost na nich konia. Stanęli osłupieni. - Z drogi! - powtórzył dorożkarz. Antek zareagował natychmiast. Złapał rodzeństwo za ręce i pociągnął za sobą. Dorożka przemknęła tuż obok. Wciąż jednak stali we troje na ulicy. Ciąg jadących z obu stron dorożek nie pozwalał im przejść. Przepuścili kilka.. W końcu znaleźli się po drugiej stronie drogi.

- Parszywe pijaki – mruknął w dorosłym stylu chłopiec. - Na woźniców trzeba bardzo uważać. Teraz będzie spokojniej – obiecał. Po chwili weszli pomiędzy kamienice. Beta i Bit znów poczuli smród nieczystości.




Józef Wąs próbował sprzątać rynsztoki. Bez zapału. Brudna robota, śmierdząca i nisko opłacana. Sprzątał, gdy musiał. Raz na kilka tygodni sprzątał stojącą na środku podwórka skrzynię na pomyje. Raz na miesiąc czyścił ustęp. Nie bał się kontroli. Oberpolicmajster tu nie zaglądał. Zresztą nikt się nie skarżył. Z rynsztokami było łatwiej – deszcz je zmywał. Niestety, od dłuższego czasu nie padało, więc stróż Józef Wąs musiał wziąć się w końcu do roboty. Dziś nie chciało mu się bardziej niż zwykle. Nie wyspał się, bo musiał wstać w nocy, aby otworzyć bramę. 10 kopiejek, jakie zarobił, tylko nieznacznie wynagrodziło mu przerwany sen. Lecz gdy patrzył na czekające na czyszczenie rynsztoki, nie miał nic przeciwko, aby jego praca ograniczała się tylko do otwierania bramy, choćby i w środku nocy.

Gdy tak Józef Wąs walczył ze sobą, próbując zmusić się do pracy, zauważył zbliżającego się chłopca. Znam tego małego – pomyślał. Za dzieciakiem szło dwoje nastolatków, dziwnie ubranych. Stróż nigdy ich tu nie widział. „Mały” wyjął z kieszeni jabłko, szybko je zjadł, minął stróża. - Tylko spróbuj – wyszeptał Józef Wąs.

Chłopak wrzucił ogryzek do rynsztoka i zaczął uciekać. Pozostała dwójka też puściła się biegiem. Stróż rzucił się za nimi, próbując uderzyć ich miotłą. Nie dosięgnął.

- Wynocha, smarkacze! Żartów się wam zachciewa! - krzyknął. Zdenerwowany rzucił miotłę na ziemię i ruszył do swojej stróżówki. W takich warunkach Józef Wąs pracować nie zamierzał. I wtedy coś sobie uświadomił: w tej niewielkiej, ubogiej izbie, do której właśnie zamierzał wrócić, aby ochłonąć, mieszkała cała jego rodzina, siedem osób w jednym pokoju. Józef Wąs nawet tam nie wszedł. Z progu zawrócił na podwórze i do bramy. Podniósł miotłę i zabrał się znów do sprzątania, rozważając, czy nie lepiej było mu zostać w rodzinnej wsi.




Antek biegł i śmiał się głośno. Beta dopiero teraz przypomniała sobie, że w trakcie wędrówki przez miasto mijali stragan z owocami. Czy to stąd ich znajomy miał jabłko? Ukradł?

Mijali kolejne bramy. W głębi jednej z nich dwóch mężczyzn próbowało dobić jakiegoś targu.

- Tu za kilka rubli można kupić nawet zegarek – wyjaśniał ośmiolatek.

Przed inną starszy chłopak namawiał przechodniów na grę w trzy karty. - Czarne przegrywa, czerwone wygrywa – powtarzał. Usłyszeli radosny krzyk, ktoś wygrał. Kilka osób zachęconych sukcesem zatrzymało się. Może też będą mieć szczęście? Beta i Bit przystanęli razem z innymi. Jednak Antek nie dał im popatrzeć, energicznie pociągnął ich za ręce.

- Zawsze ktoś się na to nabierze – stwierdził ich znajomy. Beta i Bit nie zrozumieli. - Ten, który wygrał, to wspólnik karciarza. Ma zachęcić innych do obstawiania – tłumaczył.

- To miasto to dżungla – powiedziała Beta. - Tu nie ma żadnych praw. Poza jednym: prawem silniejszego. Nie chciałabym tu żyć.

Weszli w jedną z mijanych bram. Znaleźli się na podwórzu kamienicy. Pogrążone było w cieniu, który rzucały wysokie ściany. Pomimo tego i tak było widać, że tonie w śmieciach. Co więcej, podwórze poprzecinane było siecią rynsztoków wypełnionych nieczystościami. Jak śmierdzące rzeki rynsztoki miały swoje początki, źródła. Zaczynały się przy każdym wejściu na schody. Tam nad rynsztokiem stał każdorazowo zbiornik napełniony po brzegi cuchnącą mazią. Beta i Bit widzieli, jak jakaś kobieta wyszła z kamienicy i dolała do tej śmierdzącej balii wiadro pomyj. O dziwo, zmieściło się. Do tego w jednym z rogów podwórza znajdował się ustęp. Jego swąd mieszał się z zapachem rynsztoków tak, że smród grzązł w nozdrzach.

- Antek! - ktoś krzyknął, a ośmiolatek odwrócił się w kierunku bramy. Jakiś chłopak przywoływał go, machając ręką. Antek pobiegł, a Beta i Bit za nim. Z wielką ulgą – nie chcieli przebywać na tym podwórzu ani chwili dłużej.

- Masz, brat – powiedział nieznajomy i wcisnął ośmiolatkowi do ręki kawałek chleba.

- To Bolek, mój brat – przedstawił. - A co tam jeszcze masz? - dopytywał, widząc, że jego brat ściska coś pod pachą.

- To gazeta.

- Mogę zobaczyć? - Bit spytał, ale nie czekał, aż chłopak odpowie. Wyciągnął gazetę spod jego ręki. Zaczął przeglądać. Beta szybko znalazła się obok niego. Od razu oboje zwrócili uwagę na rok wydania: 1885. Pisano głównie o higienie, nieporządku na ulicach, wypadkach spowodowanych przez woźniców. Rzucił im się w oczy jeden z autorów: Bolesław Prus.

- Oddawaj – powiedział Bolek niezbyt uprzejmie. I wyrwał gazetę Bitowi. - Lecę, mały. Może będę też jutro.

Odszedł. Antek odprowadzał go wzrokiem. Po chwili za nim pobiegł i wziął go za rękę.

- Beta, masz ten gadżet? - spytał nagle Bit. - Ustaw go na 2015 i wracamy do domu.

- To nie będzie takie proste. Jeszcze nie wiem, jak to działa – przekonywała Beta.

- Daj mi to. Szybko, zanim ten maluch wróci – pospieszał ją brat.

Bit intuicyjnie dotknął wyświetlacza, ustawiając go na 2015 i nacisnął przycisk.